- 1, 2, 3 i... - pociągnąłem za smyczek i zacząłem grać. Melodia nie zdążyła się dobrze rozkręcić, a ja skończyłem. Coś mi w niej nie pasowało. Brakowało w niej czegoś, czegoś ważnego. Nie wiedziałem tylko, czego. Spróbowałem drugi raz, trzeci, dalej nic. Westchnąłem zrezygnowany i odłożyłem skrzypce do futerału, po czym go zapiąłem, wstałem i wraz z instrumentem wyszedłem z pustostanu na uliczkę. Było już chłodno i prawie ciemno, do tego wiał zimny wiatr północny. Przymrużyłem oczy, delektując się chwilą. Podejrzewam, że normalnych ludzi taka pogoda by tylko zirytowała, ale już dawno przestałem próbować być jak "normalny człowiek". Za dużo kosztów, za mało efektów.
Wsiadłem na swoją ukochaną Storm, podciągnąłem nóżkę i zwolniłem przepustnicę. Motor zamruczał zadowolony, niczym tygrys. Zwolniłem hamulec i wjechałem w szerszą, choć nadal nieuczęszczaną ulicę. Do spotkania miałem kilka minut, wystarczająco dużo, by przyjechać z małym marginesem opóźnienia. Zawsze przyjeżdżałem około dwie minuty za późno, była to już tradycja, której każdy się spodziewał, jeśli tylko pracował ze mną dłużej.
W końcu dojechałem. Okolica była zupełnie inna niż ta, w której obecnie mieszkałem. Pełno ludzi, samochodów, neonów rozświetlających rzeczywistość sztucznymi kolorami. Wszedłem do jednego z klubów, "Genesis". Starożytna nazwa pasowała do lokalu tylko w jeden sposób - zarówno ona, jak i olej, na którym smażono tu, miały jednakową datę powstania. Niektórzy przypuszczali, że olej był pierwszy, ale nie mnie to rozstrzygać. Na szczęście ja tu tylko pracowałem, nie jadłem. Machnąłem ręką właścicielowi lokalu, wchodząc na zaplecze i zacząłem się rozpakowywać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz