- Nie muszę – prychnęłam – Znam twoje teksty na pamięć
braciszku. Razem z rodzicami serwujesz mi je niemal od dwudziestu lat!
- A ty nadal nic z nich nie rozumiesz!
- Wiem, że uważasz mnie za idiotkę – syknęłam – Ale to ty
musisz zrozumieć jedno: jestem piosenkarką. Kocham śpiewać i nie zrezygnuję z tego,
bo rodzice chcą mnie zobaczyć za stołem operacyjnym czy przy ławie
przysięgłych. Nie ma opcji żebym została lekarzem czy prawnikiem, więc się z
tym pogódźcie, a jeśli to dla was za trudne powiedzcie tylko słowo. Gwarantuję,
że nie będę wam wchodzić w drogę i raz na zawsze pozbędziecie się czarnej owcy
rodziny!
Mój gniewny wywód przyniósł zamierzony skutek. Mark był w
takim szoku, że nie zrobił nic by mnie powstrzymać, gdy prześliznęłam się pod
jego ramieniem i wydostałam się poza teren posesji. Oszołomiony patrzył jedynie
jak szybkim krokiem przemierzałam przyległą do wili uliczkę. Nie musiałam się
nawet na niego oglądać by wiedzieć, że ocknął się z szoku dopiero, gdy zniknęłam
za zakrętem i poszedł posłusznie donieść rodzicom o naszej kłótni i moim „karygodnym
zachowaniu”.
No cóż, taki już był, co nie zmieniało faktu, że doprowadzał
mnie tym do szału. Byłam po prostu wściekła zarówno na niego jak i na siebie.
No bo po jaką cholerę znowu dałam się namówić na rodzinny obiadek? Czemu
uwierzyłam starszemu bratu, chwale rodu Casella, który przekonywał, że rodzice
przejrzeli na oczy i chcą się ze mną pogodzić? No, czemu? Bo jestem naiwną
idiotką!
Furia roznosiła mnie do tego stopnia, że zrezygnowałam z
jazdy do domu i niemal biegiem ruszyłam nie do końca znanymi ulicami miasta. Po
około półgodzinnym marszu cale napięcie ze mnie zeszło i zauważyłam, że
trafiłam w zatłoczone i nieco tandetne rejony miasta. Nie uśmiechało mi się
przepychanie przez tłumy ludzi, którzy na dodatek mogli mnie rozpoznać i
zatrzymać na dlużej. Nie miałam nastroju na autografy, a już w szczególności
nie chciałam spotkać dziennikarzy, którzy zadawaliby durne pytania typu: „Co
znana piosenkarka robi w takiej dzielnicy?”. Postanowiłam jak najszybciej przedostać się w jakieś bardziej
opuszczone miejsce. Jednak w połowie drogi miałam dość. Zwolniłam znacznie, a
wtedy zaczęło doskwierać mi zimno. Ze znużeniem zdałam sobie sprawę, że
wychodząc w trakcie rodzinnego posiłku zapomniałam zabrać kurki. No trudno,
trzeba było ogrzać się inaczej. Rozejrzałam się po niewielkiej uliczce
poszukując przyzwoitego lokalu. Znalazłam tylko kilka knajp z neonowymi
światłami i zatłoczonych klubów.
Bez zastanowienia weszłam do jednego z nich. Nazywał się
chyba „Genesis” czy jakoś tak i okropnie cuchnęło tam stęchłym olejem. Nie
miało to dla mnie wielkiego znaczenia. Chciałam się ogrzać, a nie jeść, więc
usiadłam przy najdalszym stoliku w kącie sali, wyciągając komórkę. Wybrałam
numer mojego kierowcy, któremu szybko objaśniłam, gdzie ma przyjechać i że ma
się pospieszyć. Gdy się rozłączyłam z zaciekawieniem zaczęłam obserwować
otoczenie. Właśnie rozpoczynał się występ jakiegoś chłopaka. Trzeba było
przyznać, że był niezły, ale to nie jego talent zwrócił moją uwagę tylko to, że
śpiewał po części po japońsku….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz