czwartek, 19 czerwca 2014

Luveit

Czego on chce? Nawet przez chwilę nie mam spokoju...
-No, Shuru. O 24 wychodzimy. Ej ekipa! I wy też idziecie! - Wszyscy spojrzeli na mnie, jednak po chwili wrócili do gadania. Moja głowa... Pierniczyć te narkotyki, nie chcę ich brać, ale muszę... Która godzina? Kur... Już 23:30 a to niby jakaś ważna sprawa. Szybko zarzuciłem na siebie bluzę i wszedłem po schodach piwnicy.
-Halo! Idziemy chłopaki! -  chwiejnie, co prawda, ale wyszedłem. Ja... co te używki ze mną robią... jak mogłem zapomnieć o Shurikenie? Szybko wróciłem się na dół i pobiegłem w stronę fabryk. Telefon.
-No czego? - zapytałem.
-Gdzie jesteście? Widzę że już trochę wytrzeźwiałeś - rzekł z sarkazmem.
-Już dochodzimy. Czy to na pewno coś ważnego? Nogi mam jak z waty...
-Chodź, nie marudź. Usiądziesz u mnie.
-Dobra, nara. Zaraz będziemy. - nacisnąłem czerwoną słuchawkę. Ostatni zakręt i byliśmy przed drzwiami. Weszliśmy do środka.
-Dragon, jesteś? - Krzyknąłem. Dobra zadzwonię do niego. Wykręciłem numer.
-Gdzie Ty jesteś? Popędzałeś nas a Cię tu nie ma...
-Już dochodzę... - Po chwili wszedł i usiadł na ziemi.
-Więc co to za ważna sprawa? - Zapytałem.

Ryuu

Delikatnie mówiąc, zgłupiałem. Jakaś panienka proponuje mi... a właściwie nam, żebyśmy nagrali płytę. Kim ona w ogóle jest?!
Wyszedłem trochę wkurzony na chłodne powietrze. Przymknąłem oczy i z zadowoleniem przyjąłem chaotyczne podmuchy wiatru. Brakowało mi go ostatnio. Musiałem się uspokoić. Wszedłem w dawno zapomnianą przez wszystkich poza kotami alejkę i ze śmiechem zacząłem się przeciskać pomiędzy kolejnymi wąskimi  szczelinami w budynkach. Podziałało. Wyciągnąłem telefon i wybrałem z pamięci numer.
- Taaa...? - usłyszałem w słuchawce męski głos. Znowu coś brał... Nie ważne.
- Luv, gdzie jesteście? - spytałem.
- Aaa... tu! - ta odpowiedź dużo mi powiedziała, jak z resztą zwykle.
- Luv!
- Dobra, już dobra. Coś koło Centaral, a co? - chłopak po drugiej stronie słuchawki spoważniał. Na szczęście.
- Potrzebuję was u siebie, jest sprawa. Północ pasuje? Powinniście się wyrobić - stwierdziłem rzeczowo.
- Zależy, o co chodzi - westchnąłem w odpowiedzi.
- Dowiecie się, przez telefon nie mogę nic mówić. Zwłaszcza, że pewnie i tak co najmniej jeden z nas jest na podsłuchu - Luv prychnął do słuchawki. Nie był to miły dźwięk, przetworzony przez falę elektryczną.
- Wiem, wiem. Dasz radę? Z resztą, kogo ja się pytam. Potrzebuję was wszystkich. Cześć - rozłączyłem się.
Już od chwili przyglądałem się starej kotce, myjącej się na murze. Zawołałem ją, bez większej nadziei na to, że przyjdzie. O dziwo, zrobiła to i zaczęła się do mnie łasić, żebrząc o jedzenie.
- Nic nie mam, miji - mruknąłem, a zwierzę tylko popatrzyło na mnie, jak gdyby rozumiało angielski i uciekło. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem z powrotem do domu, jak najbardziej okrężną drogą. Gdy przyszedłem, był tam już ktoś.

Inez

Musiałam przyznać, że ten chłopak mnie zaintrygował. Miał talent i własny styl co było ważne w tym zawodzie. Ponadto dobrze wiedziałam, że miał rację mówiąc o wolności. Była warta każdej ceny. Jednak nadal uważałam, że facet się marnuje grając w takich klubach jak "Genesis", a jeśli jego koledzy z zespołu byli równie dobrzy jak on to wszyscy zasługiwali na to by występować na wielkiej scenie, a nie anonimowo w jakiejś zatęchłej dziurze. Powinni się wypromować, co byłoby trudne bez wsparcia kogoś z branży, a tym kimś mogłam być ja. Wahałam się trochę ze względu na odpowiedzialność i kawał roboty jaką będę musiała odwalić jeśli zdecyduje się im pomagać. Jednak kiedy zauważyłam, że chłopak chce odejść i jest lekko urażony podjęłam decyzję. 
- Poczekaj... mam dla ciebie propozycję... - powiedziałam z niepewnym uśmiechem 
Facet odwrócił się niechętnie. 
- A niby jaką? 
- Promocji twojego zespołu - powiedziałam spokojnie, a widząc jego lekko ogłupiałą minę dodałam - Potrzebujecie kogoś kto wprowadzi was do branży, zarekomenduje wytwórniom, załatwi parę koncertów itd.
- I ty miałabyś to zrobić? - zapytał kpiąco 
- Owszem - przyznałam, wstając - Ale nie zamierzam robić tego na siłę. Jeśli zdecydujesz się skorzystać z mojej oferty to zabierz kolegów i przyjdźcie do Red Rocks Amhitheatre - mówiąc to podałam facetowi zaproszenie na mój piątkowy koncert po czym odwróciłam się i wyszłam z klubu na uliczkę gdzie już czekał na mnie Rick by zawieźć mnie do domu.

Ryuu

Skończyłem śpiewać pierwszą piosenkę, potem chwilę pograłem bez niczego, a gdy właściciel zaczął na mnie machać ręką, bo zgromadzona publiczność, głównie żeńska, zaczęła już tracić nadzieję na więcej i wychodziła, zaśpiewałem jeszcze jeden kawałek, tym razem po koreańsku. Z Koreą miałem tyle wspólnego, ile z Republiką Południowej Afryki - jednego kumpla. Sam nie wiem, kiedy zacząłem się uczyć tego języka, ale od pewnego czasu sięgałem po ten język przy niektórych piosenkach, tak dla odświeżenia pamięci.
Zauważyłem, że cały czas przygląda mi się pewna dziewczyna. Wróć, przyglądało mi się mnóstwo dziewczyn. Z tym, że ona jakoś tak szczególnie... rzeczowo. Może też grała? Gdy w końću mogłem skończyć i z głośników wylała się leniwie i bez entuzjazmu jakaś średniej klasy muzyka pop, podszedłem do niej, troochę wbrew swoim przyzwyczajeniom.
- Ty tu przez przypadek, prawda? - spytałem, przyglądając się jej. Na pewno nie była ubrana jak ktoś, kto chodzi do lokalów pokroju "Genesis".  Dziewczyna tylko przytaknęła.
- Ładnie śpiewasz, widzę, że masz talent - wzruszyłem ramionami. - Ale marnujesz się tu, powinieneś poszukać jakiejś wytwórni. Podejrzewam, że StarRecord mogłoby być zainteresowane - zaśmiałem się w odpowiedzi. Dziewczyna niebyła pewna, jak to powinna czytać.
- Jestem tu w zastępstwie za zespół. I wątpię, żeby wielki, wspaniały świat - powiedziałem te słowa z nad wyraz soczystym sarkazmem. - był zainteresowany grupą uciekinierów włóczących się po pustostanach i ruinach - prychnąłem. Sam nie wiedziałem, dlaczego przyznaję się pierwszej lepszej osobie, że mieszkam w starych fabrykach. Nie, żebym narzekał na nie, były darmowe, wygodne, czasami można było trafić na profesjonalny sprzęt w niezłym stanie. Wtedy był hajs. W innym wypadku też źle nie było.
- Ty... ty nie masz domu? - spytała, zszokowana.
- Mam. Właściwie nawet dwa. Ale nie tutaj. A co? - dojrzałem współczucie i litość w jej oczach. Prychnąłem, urażony zarówno przez męską dumę, jak i coś więcej. - Nie jestem menelem. Żyję, jak chcę i tyle. Gdybyś trochę pomieszkała tak, też byś zrozumiała, że wolność jest sama w sobie nagrodą - wstałem, podniosłem fuerał i miałem zamiar wyjść, ale mnie zatrzymała.
- Poczekaj... mam dla ciebie propozycję...

środa, 18 czerwca 2014

Inez

- Inez! Czyś ty zwariowała?! Nie możesz tak po prostu wyjść! Nie, kiedy rozmawiamy o twojej przyszłości….. Inez! – wydzierał się Mark, wybiegając za mną z willi naszych rodziców. Dogonił mnie dopiero przy bramce i zagrodził drogę – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Nie muszę – prychnęłam – Znam twoje teksty na pamięć braciszku. Razem z rodzicami serwujesz mi je niemal od dwudziestu lat!
- A ty nadal nic z nich nie rozumiesz!
- Wiem, że uważasz mnie za idiotkę – syknęłam – Ale to ty musisz zrozumieć jedno: jestem piosenkarką. Kocham śpiewać i nie zrezygnuję z tego, bo rodzice chcą mnie zobaczyć za stołem operacyjnym czy przy ławie przysięgłych. Nie ma opcji żebym została lekarzem czy prawnikiem, więc się z tym pogódźcie, a jeśli to dla was za trudne powiedzcie tylko słowo. Gwarantuję, że nie będę wam wchodzić w drogę i raz na zawsze pozbędziecie się czarnej owcy rodziny!
Mój gniewny wywód przyniósł zamierzony skutek. Mark był w takim szoku, że nie zrobił nic by mnie powstrzymać, gdy prześliznęłam się pod jego ramieniem i wydostałam się poza teren posesji. Oszołomiony patrzył jedynie jak szybkim krokiem przemierzałam przyległą do wili uliczkę. Nie musiałam się nawet na niego oglądać by wiedzieć, że ocknął się z szoku dopiero, gdy zniknęłam za zakrętem i poszedł posłusznie donieść rodzicom o naszej kłótni i moim „karygodnym zachowaniu”.
No cóż, taki już był, co nie zmieniało faktu, że doprowadzał mnie tym do szału. Byłam po prostu wściekła zarówno na niego jak i na siebie. No bo po jaką cholerę znowu dałam się namówić na rodzinny obiadek? Czemu uwierzyłam starszemu bratu, chwale rodu Casella, który przekonywał, że rodzice przejrzeli na oczy i chcą się ze mną pogodzić? No, czemu? Bo jestem naiwną idiotką!
Furia roznosiła mnie do tego stopnia, że zrezygnowałam z jazdy do domu i niemal biegiem ruszyłam nie do końca znanymi ulicami miasta. Po około półgodzinnym marszu cale napięcie ze mnie zeszło i zauważyłam, że trafiłam w zatłoczone i nieco tandetne rejony miasta. Nie uśmiechało mi się przepychanie przez tłumy ludzi, którzy na dodatek mogli mnie rozpoznać i zatrzymać na dlużej. Nie miałam nastroju na autografy, a już w szczególności nie chciałam spotkać dziennikarzy, którzy zadawaliby durne pytania typu: „Co znana piosenkarka robi w takiej dzielnicy?”. Postanowiłam jak najszybciej przedostać się w jakieś bardziej opuszczone miejsce. Jednak w połowie drogi miałam dość. Zwolniłam znacznie, a wtedy zaczęło doskwierać mi zimno. Ze znużeniem zdałam sobie sprawę, że wychodząc w trakcie rodzinnego posiłku zapomniałam zabrać kurki. No trudno, trzeba było ogrzać się inaczej. Rozejrzałam się po niewielkiej uliczce poszukując przyzwoitego lokalu. Znalazłam tylko kilka knajp z neonowymi światłami i zatłoczonych klubów.
Bez zastanowienia weszłam do jednego z nich. Nazywał się chyba „Genesis” czy jakoś tak i okropnie cuchnęło tam stęchłym olejem. Nie miało to dla mnie wielkiego znaczenia. Chciałam się ogrzać, a nie jeść, więc usiadłam przy najdalszym stoliku w kącie sali, wyciągając komórkę. Wybrałam numer mojego kierowcy, któremu szybko objaśniłam, gdzie ma przyjechać i że ma się pospieszyć. Gdy się rozłączyłam z zaciekawieniem zaczęłam obserwować otoczenie. Właśnie rozpoczynał się występ jakiegoś chłopaka. Trzeba było przyznać, że był niezły, ale to nie jego talent zwrócił moją uwagę tylko to, że śpiewał po części po japońsku….

niedziela, 15 czerwca 2014

Ryuu


- 1, 2, 3 i... - pociągnąłem za smyczek i zacząłem grać. Melodia nie zdążyła się dobrze rozkręcić, a ja skończyłem. Coś mi w niej nie pasowało. Brakowało w niej czegoś, czegoś ważnego. Nie wiedziałem tylko, czego. Spróbowałem drugi raz, trzeci, dalej nic. Westchnąłem zrezygnowany i odłożyłem skrzypce do futerału, po czym go zapiąłem, wstałem i wraz z instrumentem wyszedłem z pustostanu na uliczkę. Było już chłodno i prawie ciemno, do tego wiał zimny wiatr północny. Przymrużyłem oczy, delektując się chwilą. Podejrzewam, że normalnych ludzi taka pogoda by tylko zirytowała, ale już dawno przestałem próbować być jak "normalny człowiek". Za dużo kosztów, za mało efektów.
Wsiadłem na swoją ukochaną Storm, podciągnąłem nóżkę i zwolniłem przepustnicę. Motor zamruczał zadowolony, niczym tygrys. Zwolniłem hamulec i wjechałem w szerszą, choć nadal nieuczęszczaną ulicę. Do spotkania miałem kilka minut, wystarczająco dużo, by przyjechać z małym marginesem opóźnienia. Zawsze przyjeżdżałem około dwie minuty za późno, była to już tradycja, której każdy się spodziewał, jeśli tylko pracował ze mną dłużej.
W końcu dojechałem. Okolica była zupełnie inna niż ta, w której obecnie mieszkałem. Pełno ludzi, samochodów, neonów rozświetlających rzeczywistość sztucznymi kolorami. Wszedłem do jednego z klubów, "Genesis". Starożytna nazwa pasowała do lokalu tylko w jeden sposób - zarówno ona, jak i olej, na którym smażono tu, miały jednakową datę powstania. Niektórzy przypuszczali, że olej był pierwszy, ale nie mnie to rozstrzygać. Na szczęście ja tu tylko pracowałem, nie jadłem. Machnąłem ręką właścicielowi lokalu, wchodząc na zaplecze i zacząłem się rozpakowywać.
http://english.chosun.com/site/data/img_dir/2010/12/21/2010122100331_1.jpgNie minęło 10 minut, a byłem już gotowy i przebrany. Wszedłem nieśpiesznie na małą scenę, podłączyłem swoją elektryczną gitarę do wzmacniacza i zacząłem grać. Miałem tego pecha, że chłopaki, z którymi zawsze grałem dzisiaj byli na jakimś wyjeździe i musiałem sobie radzić sam. Na szczęście zawsze nosiłem przy sobie płytkę z różnymi nagraniami, dlatego kwestia instrumentalna nie była aż tak tragiczna. Irytowało mnie tylko, że musiałem śpiewać, choć nie przepadałem za tym.